Widokówka z wakacji #3 – Wycieczka na Tuł

Na Tuł na rozpoczęcie sezonu chodził dziadek. Na Tuł na rozpoczęcie sezonu chodził tata a potem zabierał też mamę. Przyszła pora, żeby na Tuł na rozpoczęcie sezonu tata zabrał również córki. To była nasza pierwsza wycieczka górska w tym sezonie, choć dla innych miał się on już ku końcowi.

Trasę wybraliśmy taką jak zawsze, z Goleszowa, gdzie da się dojechać autobusem, przez Jasieniową, Tuł a dalej trawersem pod Małą Czantorią. Szlak wiedzie szczytem, ale to by była za trudna wycieczka dla dzieciaków.

Tuż za Goleszowem, przy samym szlaku jest obiekt sportowy dla młodych adeptów skoków narciarskich. Niemała atrakcja. Obiekt został reanimowany w czasach gdy najlepszym skoczkiem na świecie był Adam Małysz. Od tego czasu znów nieco podupadł, ale widać, że dwie z trzech skoczni nadal są używane.

Dalej trasa wiedzie przez las, trawersem wokół Jasieniowej. Byłby to bardzo przyjemny spacer gdyby nie to, że uwzięły się na nas strzyżaki, zwane często latającymi kleszczami. Wyjątkowo nieprzyjemne osobniki. Zaczęło się robić nieco nerwowo. Na szczęście nagle w środku lasu wyrósł kawałek skały, który był wspaniałą rozrywką i urozmaiceniem wędrówki na naszych utrudzonych córek. Przecież wszystkim rodzicom jest wiadomo, że najlepiej odpoczywa się wspinając się na coś.
Zszedłszy z Jasieniowej minęliśmy szosę, kamieniołom z którego strasznie się kurzyło i zaczęliśmy podchodzić pod Tuł. Pod Tułem planowaliśmy odpocząć w schronisku.  Niestety czekała nas tam niemiła raczej niespodzianka. Schroniska już nie ma. Przebranżowiło się na restaurację. Niemiła obsługa owszem, sprzedała nam kawę i lody. Niestety nie było mowy o udostępnieniu zamkniętych na kłódkę toalet czy o wbiciu dzieciom do książeczek pamiątkowej pieczątki. Wszystko się zmienia, ale niektóre zmiany są bardzo trudne do zaakceptowania.

Odpoczęliśmy więc trochę, a potem kontynuowaliśmy wspinaczkę na Tuł. Szlak nie wiedzie szczytem. Dawno temu został przeniesiony na trawers z powodu powstałego na szczycie rezerwatu. Teraz rezerwatu już tam nie ma, jest użytek ekologiczny, cokolwiek by to nie miało znaczyć.
Trudy wspinaczki zostały nagrodzone pięknymi widokami. Okazało się, że o tej porze roku całe stoki Tułu porośnięte są zimowitami.
A po wyjściu z lasu na trawers mogliśmy rozkoszować się panoramą Beskidów.Dalsza trasa wiodła przez odsłonięte tereny. Słońce przygrzewało więc dziewczyny nie mogły się same zdecydować, czy lepszy skwar w szczerym słońcu czy strzyżaki w lesie. Jedynie Ciastek, nasz pies, znosił wszystko z godnością, choć to on ma najkrótsze nóżki i musi się najwięcej nachodzić. Od czasu do czasu zatrzymywaliśmy się pokazując dziewczynom skąd przyszliśmy i którędy dotąd prowadziła nasza wędrówka. Kolejny odcinek to znów ścieżka przez las, trawersem Małej Czantorii. Czas odpoczynku od skwaru. Na tym odcinku dziewczyny myślały tylko o tym, żeby dotrzeć do źródełka, przy którym zaplanowaliśmy dłuższy odpoczynek z moczeniem nóg.  Przypomniałam im też o akcji „zabierz pięć” więc zaczęliśmy się rozglądać za jakimś śmieciami przy szlaku, ale prawie nic nie było, jedynie jedno opakowanie po piwie.

Wreszcie niemal ostatkiem sił dotarliśmy do źródełka. Dziewczyny oczywiście odpoczywały w działaniu. Za cel postanowiły sobie oczyszczenie źródełka z patyków, liści i muły. Jedynie Ciastek wykorzystał czas, żeby naprawdę odpocząć i uciął sobie drzemkę na trawie. Miał prawo być już poważnie zmęczony, a do pokonania był jeszcze spory kawałek.Po dokładnym oczyszczeniu źródełka zebraliśmy się i ruszyliśmy dalej. Kolejnym naszym punktem był „kiosk” w miejscu które nazywamy „U Jonka na Kępie”. O dziwo, kilkaset metrów przed tym miejscem zaroiło się od śmieci przy szlaku. Dziewczyny uzbierały pełną reklamówkę. Po zjedzeniu kolejnych lodów, które jak wiadomo są najlepszym paliwem napędzającym dzieci podczas wędrówek zaczęliśmy schodzić w kierunku centrum Ustronia, gdzie zakończyliśmy naszą wyprawę.

A! Byłabym zapomniała. Misia przed wyjazdem zainwestowała w turystyczną miskę dla psa. Sylikonowa miska, która składa się do postaci płaskiego krążka sprawowała się wybornie. Przez całą drogę dyndała przypięta do plecaka Misi a na postojach pozwalała wygodnie napoić naszego niestrudzonego czworonożnego towarzysza. Ciastek był zachwycony.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *