Podróż latającym rondlem po Europie – Dziecko na Warsztat

Kolejna, przedostatnia już odsłona projektu „Dziecko na Warsztat” zachęca nas do kulinarnej wędrówki po Europie. Wzięłyśmy sobie tę zachętę mocno do serca, zakasałyśmy rękawy i zabrałyśmy się za gotowanie.

Dzień 1 – Litwa

Kierunek ruchu wskazówek zegara wydał mi się naturalny tak jak i wybór jednego z naszych państw ościennych jako pierwszego przystanku naszej wyprawy.  Zakręciłyśmy drewnianą warząchwią w naszym magicznym rondlu i hooop, wylądowałyśmy na Litwie.

Długo się nie zastanawiałam nad wyborem potrawy. Tego dnia na obiad miały być cepeliny, znane też u nas pod nazwą kartacze. Oj trochę pracy z tym było. Dziewczyny zajęły się obieraniem ziemniaków. Potem ja część ugotowałam, a resztę one starły za pomocą elektrycznej maszynki. Wizja kłócących się nad gorącą patelnią dziewczyn spowodowała, że podjęłam decyzję o własnoręcznym przygotowaniu mięsnego farszu. Za to dziewczyny z ochotą odcedziły utarte ziemniaki zachwycając się bladoróżowym kolorem jaki przyjęły po chwil. Potem pokazałam im jeszcze osad który wytrącił się w ziemniaczanym soku. Po krótkim badaniu Misia skojarzyła, że to musi być mąka ziemniaczana. Oczywiście ręczne wyrabianie ciasta to był dla dziewczyn chyba najlepszy element całego procesu. Lepienie cepelinów okazało się dla Lusi zbyt dużym wyzwaniem/ Misia radziła sobie świetnie.

cepelint

Smakowały wybornie, a podczas konsumpcji zastanawiałyśmy się czym żywili się Litwini zanim nauczyli się uprawiać ziemniaki.

Dzień 2 – Białoruś

Kolejny przystanek na naszej kulinarnej mapie Europy to Białoruś. Tu chwila zawahania. Porzuciłam jednak myśl upieczenia babki ziemniaczanej i wybór padł na bliny. Akurat miałyśmy w domu wszystko co potrzebne do robienia dobrych blinów. Dziewczyny wprawiały się w odmierzaniu składników. Świetnie bawiły rozdrabniając drożdże i obserwując jak rośnie zaczyn. Lusia doskonaliła obsługę miksera i oddzielanie żółtek od białek.

bliny

Bliny wyszły wyborne, szczególnie z malinową konfiturą od Cioci Marty. Przy okazji opowiedziałam dziewczynom o mące gryczanej i o tym czym się różni mąka razowa (takiej użyłyśmy) od oczyszczonej. Dziewczyny dostały trochę mąki na talerzyku i uważnie ją badały, na koniec Lusia ją po prostu zjadła. Potem, maczając kreatywne patyczki w konfiturze sprawdzałyśmy która część języka jest czuła na smak słodki (pokłosie oglądania serialu „Było sobie życie”).

Dzień 3 – Ukraina

Myśląc o Ukrainie od razu wiedziałam co ugotujemy, prawdziwy barszcz ukraiński. Najlepszy przepis na barszcz ukraiński jaki kiedykolwiek wypróbowałam pochodzi z portalu „Czarna oliwka”. Uwielbiam tę zupę w takim wydaniu, choć z nie robię jej zbyt często. Trochę trzeba się przy niej napracować.

barszcz

Przy okazji obierania i krojenia warzyw porozmawiałyśmy sobie trochę na ich temat. Dziewczyny wymieniały nazwy różnych warzyw jakie jadamy a potem zastanawiałyśmy się które ich części są jadalne.

Dzień 4 – Czechy i Słowacja

Czechy i Słowację postanowiłam ogarnąć jedną potrawą, opowiadając przy okazji dziewczynom, że całkiem niedawno był to jeden kraj. W ruch poszła mąka i drożdże i dziewczyny raz dwa zagniotły ciasto na knedliki (przepis TU). Potem obrały i pokroiły pieczarki a ja zrobiłam sos z dodatkiem mielonego mięsa. Przy okazji znów podziwiały pracowite drożdże a nawet degustowały drożdżowy zaczyn. Misi najbardziej podobało się odcinanie plastrów knedla za pomocą nitki.

knedliki

– Mamo – powiedziała Misia z ustami pełnymi ciasta – Czy możemy jeszcze kiedyś zrobić taki obiad?

Dzień 5 – Rumunia i Węgry

Dzień rozpoczęłyśmy po Rumuńsku. W kuchni rumuńskiej dominują potrawy mięsne, z wołowiny, wieprzowiny, baraniny, drobiu i ryb – przeważnie z rusztu, ale zawsze z dużą ilością warzyw.Jednak to bez czego kuchnia rumuńska nie może się obejść to mamałyga. I właśnie tej potrawy postanowiłyśmy spróbować na śniadanie. Wieczorem ugotowałyśmy kaszę kukurydzianą i zostawiłyśmy w formie do ostygnięcia. Rano Misia wprawiona już na knedlikach pocięła nitką zastygniętą kaszę na kromki.

Pałaszowałyśmy w dwóch wersjach. Na słodko z powidłami truskawkowymi i na słono zapiekane z kozim serem.mamałyga

Na obiad wpadłyśmy na Węgry. Wprawdzie nie zaopatrzyłam się w kociołek zwany z węgierska bograczem, ale postanowiłam na zaimprowizowanym w ogrodzie palenisku ugotować z dziewczynami zupę gulaszową (przepis na bogracz). Było trochę krojenia skwarek i siekania warzyw, ale i tak najfajniejsze było palenie ogniska i jedzenie obiadu na ogrodzie. W sumie nie jestem pewna kto miał większą przyjemność ja czy dziewczyny.

bogracz

Tylko garnek trzeba będzie doszorować. Lusia zażyczyła sobie taką potrawę dla gości na swoich urodzinach, które odbędą się niebawem.  Ponieważ eksperyment kulinarny się udał to zacznę chyba poważnie myśleć o nabyciu odpowiedniego kociołka.

Dzień 6 – Grecja

Do Grecji postanowiłyśmy wpaść na drugie śniadanie na sałatkę, a jakże by inaczej, sałatkę grecką. Do sałatki upiekłyśmy sobie jeszcze pitę. Grecja jest dla dziewczyn bardzo ważna, szczególnie dla Misi. Wszak to właśnie tego kraju sięgają korzenie jej ulubionej piosenkarki, Eleni. Znów korzystałyśmy ze świetnej pogody i kucharzyłyśmy na świeżym powietrzu (tylko pita piekła się w domowym piekarniku, bo ogrodowego jeszcze nie mam). Dziewczyny znów z zapałem siekały warzywa, zagniatały ciasto a potem konsumowały z apetytem.

Sałatka grecka i pitaPytaniom nie było końca. A czy Grecy  takie sałatki jedzą codziennie, a czy jedzą tez taki chleb jak my czy tylko taki płaski? A czy Eleni tez jada taką sałatkę? I tak w koło Macieju.

Dzień 7 – Włochy i Austria

Jeśli chodzi o Wlochy to nie miałam nic absolutnie do gadania. Miska zadecydowała, że musi być pizza i była pizza. Po raz kolejny dziewczyny zmagały się z drożdżowym ciastem. Nigdy im się to nie nudzi. Lusia za każdym razem powtarza, że ciasto drożdżowe lubi jak się je męczy i z ogromnym zaangażowaniem zagniata swój kawałek.  Nie udało mi się na czas zdobyć mozzarelli więc byłą to pizza „po polsku”. Przy okazji Lusia doskonaliła się w tarciu na jarzynówce. Niesamowita była jej fascynacja tym jak działa to proste urządzenie.

pizza

Chwilę się zastanawiałam czym się będziemy raczyć w Austrii. Wybrałam wiedeński strudel z jabłkami (przepis TU), deser w sam raz do kawy i słuchania walców Straussa. Znów wyrabianie ciasta i krojenie jabłek. Tym razem jednak dziewczyny miały okazję zobaczyć jak się taką roladę sprytnie za pomocą ścierki zawija.

strudel z jabłkami

Dzień 8 – Niemcy

Tak naprawdę jeśli chodzi o ten kraj to nasza praca trwała znacznie więcej niż jeden dzień. Kuchnia niemiecka nieodłącznie kojarzy mi się (i pewnie nie tylko mi) z kiełbasą. No cóż. nie pozostało nam nic innego jak zakasać rękawy i zrobić kiełbasę. Dziewczyny poznały cały trwający kilka dni proces technologiczny. Począwszy od dostawy mięsa, którą zajął się tata, przez przygotowanie i peklowanie, po rozdrabnianie (2 dni później), masowanie i pakowanie do osłonek i jelit. Na koniec po całonocnym osadzaniu było wędzenie, które trwało pół dnia oraz, na koniec parzenie. Ufff. I wreszcie można delektować się świeżą, wysokogatunkową kiełbasą.

kiełbasaDziewczyny po raz kolejny przekonały się, że jeśli coś ma smakować dobrze, to trzeba się przy tym trochę napracować no i nie da się tego zrobić bardzo szybko.

 

Potem miały być jeszcze Francja, Hiszpania, Wielka Brytania, Szwajcaria i coś ze Skandynawii. Niestety zaniemogłam zdrowotnie i na tym nasz warsztat trzeba było zakończyć. Ale. Co się odwlecze to nie uciecze. Jeszcze pokucharzymy sobie nie raz, bo się zawsze przy tym świetnie bawimy.

*    *    *

Wpis powstał w ramach projektu „Dziecko na warsztat II edycja”

logoDnW-2edycja2

Zapraszam do odwiedzania innych blogów uczestniczących w projekcie.

11 myśli nt. „Podróż latającym rondlem po Europie – Dziecko na Warsztat

  1. Chylę czoła przed tą kiełbasą i proszę – oddam Ci dzieci na edukację kulinarną w pełnym zaufaniu. Jesteś miszczu 😉
    Ps. Dobrze, ze im nie zafundowałaś oktoberfest;)

    • Oktoberfest zrobimy jak podrosną i będę je uczyć warzyć piwo 😉 A dzieci na edukację przysyłaj, nie ma sprawy 🙂

      • A ja też mogę?
        To chyba najbardziej pracowity warsztat w tym miesiącu, napracowałyście się, a jakie efekty! (Zapamiętać na przyszłość – omijać blogi kulinarne wieczorową porą, albo wcześniej zamknąć na kłódkę lodówkę 😀 )

  2. Łał, ale szał! Świetny pomysł z tym latajacym rondlem. Podziwiam Twoją wytrwałość i cierpliwość. Przecież to ogrom pracy (i bałąganu:-)) ale za to ile przyjemności:-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *