O kontroli, reaktywności i odpowiedzialności

„Dzieci chcą mieć rodziców, którzy są o wiele spokojniejsi i bardziej zrównoważeni niż one same” Wasze dzieci chcą, żebyście pozostali niewzruszeni, nawet gdy one wpadną w szał. Doświadczenie pokazuje, że dokładnie tego potrzebują” Hall E. Runkel „Wychowanie bez krzyku”.
Oczyma wyobraźni widzę ludzi reagujących „Jak to? Dlaczego ja mam być niewzruszony kiedy moje dzieci mnie denerwują? Czy ja nie jestem człowiekiem, czy nie mam tak jak one prawa do emocji i do wyrażania ich?”

A ja własnie bym chciała umieć pozostać niewzruszona kiedy moje dzieci zostaną z jakiegoś powodu wytrącone z równowagi. Bywają takie sytuacje, że mimo wszelkich przeciwności udaje mi się i prawdę mówiąc czuję się wtedy lepiej niż w sytuacjach, kiedy nie zapanuję nad sobą i okażę swoje emocje zbyt gwałtownie. Po przeczytaniu pierwszej części tej książki w moim słowniku zagościł nowy zwrot „reaktywność”. Tak jestem zdecydowanie reaktywna i to kładzie się cieniem na moich relacjach z dziećmi, ale nie tylko. A wolałabym umieć zachować spokój i swoim spokojem wpływać na dzieci a nie swoimi gwałtownymi reakcjami.

złość_01Jeszcze jeden fragment, który wyjaśnia z czym się borykam, podobnie jak pewnie wielu innych rodziców.

„…emocjonalna reaktywność jest naszym najgorszym wrogiem, gdy chcemy mieć wspaniałe relacje.
Jeśli nawet nic wam się nie przyda z tej książki, to spróbujcie zapamiętać chociaż to: największa walka jaką toczymy jako rodzice, to wcale nie walka z telewizją, złym wpływem czy nawet z narkotykami lub alkoholem. Jako rodzice największą walkę toczymy z naszą własną emocjonalną reaktywnością.”

To jest jak rak. Próbujemy kontrolować nasze dzieci, żeby zachowywały się w sposób jaki, z różnych powodów uznajemy za najwłaściwszy, tymczasem tak naprawdę mamy na to znikomy wpływ, choć może nam się wydawać do pewnego momentu coś innego. Spalamy się w tej walce i tracimy siły zamiast skupić się na sobie, na tym, żeby zachować spokój i mieć możliwość wywierać na dziecko wpływ zamiast sprawować nad nim kontrolę.  Ja przyznaję autorowi rację. Jedynym sposobem, żeby zachować swoje wpływy w kontakcie z dziećmi jest zapanowanie nad sobą.

Autor przekonuje i mnie przekonał, że emocjonalne reakcje rodziców są związane z ich rozmaitymi lękami i z poczuciem ogromnej odpowiedzialności za dziecko. Tymczasem nie powinniśmy się czuć odpowiedzialni za dziecko a raczej wobec niego. Odpowiedzialni za to co myślimy, czujemy oraz w jaki sposób się zachowujemy w stosunku do nich.

„Tylko pomyślcie, czy nie tego własnie chcemy dla naszych dzieci? Chcemy żeby były bardziej świadome samych siebie, potrafiły kierować własnym życiem i były w stanie ponosić odpowiedzialność za swoje czyny. Ale nigdy tego nie osiągną, jesli nie damy im odpowiednich wzorców. Jak widzicie całe to wychowanie dotyczy bardziej nas niż ich.”

Mocne i nieco przygnębiające, ale ustawia optykę w odpowiednim miejscu. Czy mogę nauczyć swoje dzieci czegoś czego sama nie umiem? No nie ma szans. Zatem do roboty.

 

PS:

Przez tydzień byłam słomianą wdową. Mąż na delegacji het daleko. Poza tym, że maiłam dodatkowe rzeczy na głowie, tj. te którymi na ogół on się zajmuje po powrocie z pracy, to jeszcze miałam na głowie dziewczynki od rana do zaśnięcia. A normalnie to mąż wraca z pracy 17:30 i przejmuje je przez co ja wcześniej mogę odpocząć. Nie dość tego to one strasznie tęskniły co uwidaczniało się poprzez ich większą kłótliwość, płaczliwość i nerwowość.
Tyle tytułem wstępu. Dziś było już apogeum. Dziewczynki chciały się nauczyć na szydełku robić. Kupiłam szydełko odpowiedniej grubości i zasiadłyśmy. Lusia (lat prawie 5) jest bardziej cierpliwa i skora do wspólpracy więc siedziała na moich kolanach, ja jej rączki prowadziłam ona naśladowała co jej pokazałam i jakoś szło. Misia (lat prawie 8) jest bardziej porywcza, niecierpliwa, wszystko chce osiągnąć szybko a w dodatku po swojemu, nie przyjmując do wiadomości, że w takich rzeczach jak szydełkowanie technika jest ważna. Nie przyjmowała moich porad, więc się irytowała, a jak się irytowała to jej jeszcze bardziej nie wychodziło.
Wreszcie doszła do takiego apogeum że szydełka i motki fruwały po jadalni a ona się na mnie wydzierała, że to niesprawiedliwe, że Lusi pomagam a ona to musi sama i że przeze mnie jej nie wychodzi. Tak jest w wieku, kiedy wszystko co jest nie po jej myśli jest przeze mnie.
I wiecie co? taka jestem z siebie dumna bo nie wykipiałam w tym momencie. Nie powiem emocje miałam niewąskie ale zachowałam zimną krew i przeczekałam ten jej wybuch

Jedna myśl nt. „O kontroli, reaktywności i odpowiedzialności

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *